Obserwatorzy

Translate

Pudełka kosmetyczne dostępne w Holandii - StyleToneBox vs GoodieBox


Kosmetyczne pudełka są popularne chyba w każdym kraju. W Polsce są już znane od kilku lat - chyba każda z nas kiedyś słyszała o BeGlossy czy też ShinyBox
Ja nie miałam przyjemności subskrybować żadnego pudełka w Polsce, więc obraz na ich temat mam tylko z internetu. Dzisiaj chciałabym bliżej przedstawić Wam dwa pudełka dostępne w Holandii - GoodieBox oraz StyleToneBox. Z tego co wiem, dostępny jest jeszcze BLuxBox, który wychodzi co dwa miesiące, jednak ja nigdy nie miałam z nim styczności więc nie będę go oceniać, aczkolwiek stwierdziłam, że warto wspomnieć, że takowy istnieje. Jeżeli mieszkacie w Holandii i zastanawiacie się nad subskrypcją takiego pudełka postaram się Wam przybliżyć każdy z nich, koszta z nimi związane oraz jak oceniam jakość kosmetyków zawartych w tych boxach.
Today I would like to show you two of the beauty boxes available in the Netherlands - StyleToneBox and GoodieBox. I am subscriber to StyleToneBox for over two years by now, and GoodieBox is with me since 3 months. Today I would like to tell you more about them, about the prices and about the quality of cosmetics included in general. Also since now I would write my reviews also in english to make it easy understandable for everyone. 
StyleToneBox

Czy warto zasubskrybować takie pudełko? Wiele dziewczyn lubi niespodzianki, a co za tym idzie czerpie radość z odkrywania, co w danym miesiącu kryje się w pudełeczku. Ja należę właśnie do tej grupy. Wiem jednak, że wiele osób obawia się, że dostanie produkt nieodpowiedni dla swojego typu cery bądź włosów, czy też odcień kosmetyku znaleziony w boxie nie przypadnie nam do gustu. Aby zapobiec takim sytuacjom zarówno StyleToneBox jak i GoodieBox przed zakupem pierwszego pudełka prosi nas o wypełnienie szczegółowej ankiety na temat typu cery, włosów czy też preferowanych odcieni kosmetyków kolorowych. Niestety, nawet w przypadku wypełnienia ankiety, zdarza się, że otrzymany odcień nie będzie naszym ulubionym. Pomocne w takim wypadku są grupy wymiankowe na fb. Co w przypadku, gdy otrzymamy zniszczony podczas transportu produkt? Serwis klienta obydwu firm prosi, aby przesłać do nich zdjęcie uszkodzonego produktu i złożenie reklamacji, wówczas otrzymamy nowy kosmetyk, bądź zamiennik bez ponoszenia dodatkowych kosztów. StyleToneBox w tym wypadku zachowuje się super, mimo starannego pakowania czasem zdarzy się, że puder albo cienie w trakcie transportu uszkodzą się - wtedy po złożeniu reklamacji otrzymamy nowy produkt, a gdy nie ma już go na magazynie zostanie nam zaproponowany produkt o tej samej wartości. Tak samo jest w przypadku GoodieBox, taki system reklamacji bardzo mi się podoba, bo wiemy, że nie będziemy stratni. Serwis klienta obydwu firm komunikuje się zarówno w języku niderlandzkim jak i angielskim.

A lot of girls like surprises, that is why they are excited to see what is inside this "mystery" box. 
I am one of them, but I can understand people who are afraid that they can get a product which they would not like, formula or shade which is not their favorite etc. To prevent that sort of disappointments, both StyleTone and GoodieBox is asking us to answer few questions about our skin and hair type, skin and eye colour and prefered foundation or concealer shades to make sure that we can always get a proper match. Still, if  we are not happy with the shade or product in general, there are groups on facebook where we can exchange with someone. What if we notice that there is damaged product inside the box? That happened to me three times with StyleTone Box, even if the box was carefully and nice packed, I guess postal service didnt paid enough attention to deliver it in one piece :/ In this case it is enough to reach out via email to client service with photos of destroyed product - a new one would be send out to us immediately or if it is out of stock we will get similar product. The client services of StyleTone and GoodieBox in my opinion are very friendly and helpful.

GoodieBox

Co znajdziemy w pudełkach? Kosmetyki kolorowe, pielęgnację - głownie twarzy - oraz gadżety typu gąbeczka do makijażu, szmatka do demakijażu, pęseta, pędzle itp. W jednym ze świątecznych pudełek dodatkiem były nawet skarpetki Happy Socks. StyleToneBox podkreśla to, że w ich pudełkach zawsze znajdzie się pięć pełnowymiarowych produktów. W przypadku GoodieBox jest to minimalnie trzy pełnowymiarowe produkty. 

Jak zapakowane są poszczególne pudełka? Przyznam, że większe wrażenie robi tutaj GoodieBox. Opakowany jest w solidne, twarde pudełko z gustowną szufladką. StyleToneBox przychodzi do nas w tekturowym pudełeczku, kosmetyki zabezpieczone są folią bąbelkową.

What is inside the boxes? Of course make up, skincare, and often brushes, makeup sponges etc. StyleToneBox always have 5 full size products. In GoodieBox it is minimum 3 full sized, but in previous two boxes all cosmetics included was full sized.

How does the box looks like in general? For me, GoodieBox has a lot better packaging than StyleToneBox. Its thick and solid, and StyleTone's is smaller and looks like a normal postal box. Inside its covered with bubble foil so all products are well protected.

StyleToneBox

Które pudełko jest lepsze, które ma lepszą zawartość? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jak już wspomniałam, lubię to, że do końca nie wiem, co znajdzie się w pudełku. Pudełko, które mi się podoba nie będzie podobać się innej osobie i odwrotnie.  Jak do tej pory StyleToneBox do pudełek wkłada głównie kolorówkę, od czasu do czasu znajdzie się tam maseczka, peeling, krem lub gadżet. Tak samo jest w przypadku GoodieBox - pielęgnacja, produkty do makijażu. Dla mnie są to nowe produkty, nowe marki, których we większości nie znam więc mam radość z ich odkrywania. Kosmetyki są "świeże" i z długą datą ważności. Na moim instagramie @beautycourier możecie podejrzeć zawartość każdego pudełka i ocenić, czy jest tam coś dla Was czy nie ma szału.

Which one is better? Its hard to say because as I have mentioned earlier, I like to unwrap the box, enjoy and explore what is inside. Both StyleTone and GoodieBox as well provides brands which are new for me and I like to try out these things and that makes me happy. What is worth to mention, both boxes provides brand new cosmetics with long expiration date. On my instagram you can see what every box included and decide if it is something for you.

GoodieBox

Ile musimy zapłacić za pudełka? W przypadku StyleToneBox jest to 12,50 euro za pojedyńcze pudełko (koszt wysyłki jest już wliczony w cenę). Istnieją również abonamenty - trzymiesięczny, półroczny oraz roczny. GoodieBox to 19,95 euro za pojedyńczy box.

How much does it cost? The StyleToneBox cost 12,50 euro per single box. There are options for one, three, six and twelve months. GoodieBox is 19,95 euro per single box. 

Jeżeli jesteście zainteresowane pudełkami - mam dla Was kody zniżkowe. 

Dzięki temu możecie wypróbować pudełko taniej (nie trzeba kontynuować subskrybcji), a ja dostanę kilka punktów, które będę mogła wykorzystać na obniżkę lub gratisowe pudełko.

If you are interested, you can use these links to get boxes bit cheaper.
It is a win-win situation, because you can try these boxes for a lot cheaper (no strings attached, you can unsubscribe at any time) and thanks to that I may get some points in my account, which I can use later to get a box for free or also cheaper.


Mam nadzieję, że przybliżyłam Wam nieco obydwa pudełka. Jak je oceniacie?
I hope that now you are familiar with these two boxes. What do you think about them?

Wet Brush Pro - Flex Dry



Wiem, że wiele osób twierdzi, że nie powinno się rozczesywać mokrych (zmoczonych) włosów i że taka metoda zarezerwowana jest jedynie dla osób z kręconymi włosami. Nie zgadzam się z tym, ponieważ od kiedy podczas mycia wczesuję odżywkę stan moich włosów poprawił się znacznie. Kiedy nie stosowałam tego sposobu to po myciu moje włosy były jednym wielkim kołtunem i rozczesanie tego kosztowało mnie wiele wysiłku i oczywiście setki wyrwanych włosów. Do tej pory do wczesywania odżywki bądź maski i do rozczesania włosów po jej spłukaniu używałam grzebienia o szeroko rozstawionych zębach. Kilka tygodni temu kupiłam szczotkę Wet Brush Pro Flex Dry. Nie był to planowany zakup, wpadłam na nią przypadkiem, a że wcześniej wiele dobrego słyszałam o tych szczotkach - postanowiłam jedną z nich wypróbować.



Czym wyróżnia się ta szczotka na tle innych?  Jest ona zaprojektowana do rozczesywania mokrych włosów. Jej konstrukcja jest oparta na główce OmniFlex, która dostosowuje się do naszych ruchów nie tworząc niepotrzebnego zbyt silnego nacisku. Zigzakowaty kształt główki szczotki służy do tego, aby podczas suszenia wilgoć odparowywała z naszych włosów szybciej (w porównianiu do szczotki o "normalnym" kształcie). Igiełki natomiast są odporne na ciepło suszarki, więc nie nagrzeją się nadmiernie ani nie zniszczy ich to.

 
Szczotka jest bardzo lekka i świetnie leży w dłoni. Jest wykonana bardzo solidnie, a jej wygląd robi wrażenie. Nie niszczy się w kontakcie z wodą. Świetnie daje sobie radę z rozczesaniem zarówno suchych jak i mokrych włosów, jednak ja używam jej jedynie właśnie podczas mycia i suszenia, gdy chcę aby moje włosy były perfekcyjnie proste. Nie ciągnie wówczas włosów, igiełki są elastyczne i współpracują z naszymi ruchami.


Dodatkowo w zestawie ze szczotką znalazł się ręcznik typu turban z mikrofibry. Jest bardzo chłonny i miły w dotyku.
Za szczotkę zapłaciłam około 12 euro, myślę, że jest to dobra cena. W Polsce ten model jest dostępny od 22 zł więc praktycznie o połowę taniej (klik).

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tej szczotki. Jest to mój pierwszy Wet Brush ale na pewno nie ostatni. Asortyment tej firmy jest przeogromny, mimo, że mam już swoją ulubioną szczotkę Olivia Garden, już zastanawiam się, który Wet Brush znajdzie się u mnie jako następny.


| Szczotkę Wet Brush Pro Flex Dry kupisz tutaj od 22,30 zł |




L'Oréal Stylista - produkty do stylizacji włosów



Już jakiś czas temu w drogeriach w Holandii pojawiły się produkty do stylizacji włosów L'Oreal Stylista. Przyznam, że chodziłam wokoło nich jakiś czas i w końcu skorzystałam z promocji -50% i przygarnęłam cztery produkty z tej serii:


Produktem, którego używam najczęściej jest Sleek Serum z ekstraktem z jagód acai. Używam go do codziennego zabezpieczania końcówek. Serum to jest przeznaczone dla osób, które lubią mieć proste włosy w konsekwencji czego często je prostują - chroni ono nasze włosy przed temperaturą do 230 stopni. Ja prostownicy nie używam, jednak chwalę sobie zabezpieczające właściwości serum. Po jego użyciu włosy są gładkie, nie puszą się, są sypkie i rzeczywiście są proste. Serum nie zawiera silikonów.

| W Polsce serum kupisz tutaj - 17,65 zł | W Holandii dostępne tutaj - 7,99 euro |


Mleczko do warkoczy nadaje włosom fajnej tekstury, która pomoże nam w zaplataniu. Wspomaga ono też trwałość naszego warkocza. Pachnie przepięknie i rzeczywiście, warkocze czy kucyki utrzymują się dużo dłużej. Wzbogacone jest olejem kokosowym.


  
Blow dry cream to produkt, który podbił moje serce. Nadaje on super objętości i chroni przed ciepłem suszarki. Niesamowicie wyglądają włosy wyciągnięte na okrągłej szczotce po użyciu tego produktu - uzyskujemy wówczas tzw hollywodzkie fale. Wzbogacony jest olejem z pestek winogron, ma przemiłą kremową konsystencję.

| Krem dostępny jest tutaj - 17,64 zł | w Holandii kupisz go tutaj |


Najrzadziej (nie oznacza to, że jest to najgorszy produkt) sięgam po Curl Tonic, kupiłam go z myślą o dniach, kiedy lubię mieć pokręcone włosy. Rozpylam go na świeżo umyte włosy po czym zaplatam warkocz lub podpinam fale małymi spinkami i czekam do ich wyschnięcia. Kosmetyk ten definiuje skręt i trzyma go w ryzach przez dłuższy czas. Nie zawiera alkoholu. Jestem ciekawa jak sprawdziłby się u osoby z naturalnymi lokami.

| w Polsce dostępne tutaj - 17,65 zł | w Holandii kupisz między innymi tutaj - 7,99 euro |

Ja posiadam jedynie cztery produkty z tej serii,w sprzedaży dostępne są jeszcze:

|  W Holandii produkty dostępne są między innymi w drogerii Kruidvat (klik) | w Polsce znajdziesz je tutaj |


Podsumowując, uważam, że linia L'Oreal STYLISTA jest warta uwagi. Produkty są ciekawe wizualnie, mają spore pojemności, dobrą cenę i stylizowanie nimi włosów jest dla mnie przyjemnością.


Szczotka do włosów Abody

Witam po krótkiej przerwie w blogowaniu. O szczotce do włosów Abody dowiedziałam się z facebookowej grupy dla włosomaniaków Włosing. Chociaż mam już swoją ulubioną szczotkę Olivia Garden (recenzja tutaj), to nie odmówię sobie testowania nowości.


Szczotkę do włosów ABODY, która to została ochrzczona zamiennikiem dobrze znanej Finger Brush, zamówiłam na Aliexpress, przesyłka znalazła się u mnie w ciągu równych trzech tygodni. Cena szczotki to 2,78 euro (wysyłka była darmowa). Szczotka dotarła do mnie w plastikowym worku i w foliowej kopercie. Korzystałam z tej aukcji.


Zacznę od oceny jakości szczotki. Szczotka jest bardzo dobrze i solidnie wykonana, żadne jej elementy nie śmierdzą ani nie rozwalają się. Jest bardzo lekka dzięki poprzecznym wycięciom na "powierzchni czeszącej". Ma solidną rączkę, która nie wyślizguje się z dłoni i bardzo dobrze w niej leży. Igły szczotki są cienkie i gęsto rozmieszczone, jest to mieszanka plastiku i włosia dzika. Od razu zaznaczę, że nie dam sobie ręki uciąć czy jest to prawdziwe włosie, jednak zachowuje się ono tak samo jak włosie w mojej ulubionej szczotce Olivia Garden ION+ Supreme, gdzie mam pewność, że włosie to jest jak najbardziej prawdziwe. Na tej właśnie podstawie zakładam, że włosie w ABODY jest, lub ma domieszkę najprawdziwszego włosia z dzika :)


Szczotka ABODY bardzo dobrze rozczesuje włosy, w zimie miałam problemy z "kołtunami" w okolicy kaptura i świetnie sobie z nimi radziła. Daje sobie radę z mokrymi włosami, czasami też "wczesuje" nią odżywki. Czesze ona włosy bardzo gładko, sunie po nich i ich nie wyrywa. Fajnie sprawdza się również podczas suszenia, włosy są wówczas miło wygładzone (za czesto tego nie robię, bo nie mam zaufania do plastiku i gorącego powietrza w duecie). Nie zauważyłam elektryzowania się włosów po jej użyciu.

ABODY to bardzo przyzwoita szczotka za niewielkie pieniądze. Nie wygryzła ona Olivii Garden ION+ Supreme z roli mojego ulubieńca wszechczasów, jednak jest naprawdę dobra i warta uwagi.
Kosztuje niewielkie pieniądze, więc warto się nią zainteresować.

Wspomniane wyżej produkty kupisz tutaj:

Ulubieńcy 2017 - kolorówka

 W końcu zebrałam się aby spisać, co sprawdziło się u mnie w roku 2017. Bardzo lubię czytać takie wpisy, ponieważ zawszę coś podpatrzę i poznam różne opinie na temat wielu kosmetyków. Zapraszam do dalszego czytania, jeżeli jesteście zaciekawieni co znalazło się w moich ulubieńcach.



Jako bazy używałam lotion matujący od Oriflame. Kosmetyk szybko się wchłania oraz długotrwale matuje. Jego recenzję możecie przeczytać tutaj. W ubiegłym roku moim ulubionym fluidem był FIT ME Matte+Poreless od Maybelline. Świetnie współpracował z bazą, ale również solo, utrzymywał mat na długi czas, zwężał widocznie pory. Na twarzy wygląda bardzo naturalnie, jest lekki w konsystencji. Nie zdarzyło się żeby mnie zapchał. Podkładu używałam na zmianę z kremem BB od Nivea. Krem BB 6w1 Nivea jest typowym, drogeryjnym kremem BB. Jeżeli oczekujecie cudów to zawód będzie ogromny, ponieważ jest to po prostu krem z kolorem, który na szybko wyrówna koloryt cery. Ja go bardzo polubiłam, u mnie nadaje on efekt jakiego oczekuję od tego typu produktu. Dodatkowo fajnie nawilża, a jego zapach przypomina klasyczny krem Nivea. Może nie jest to produkt wybitny, ale u mnie sprawdza się na co dzień.



Kamuflaże - Catrice oraz Essence. Z początku używałam tylko kamuflażu od Catrice w odcieniu 05 Light Ivory, bardzo podoba mi się efekt jaki tworzy, wiele z was już go zna i wie, że można na nim polegać. W połowie roku zauważyłam, że Essence również posiada kamuflaż w swojej ofercie. Jest on nieco lżejszy niż kamuflaż Catrice. Najjaśniejszy odcień w palecie wpada w różowe tony, podczas gdy najjaśniejszy w ofercie Catrice jest bardziej żółtawy. Obydwa są bardzo trwałe i radzą sobie z mocnymi zasinieniami, czy niedoskonałościami.

L'Oreal Paris - maseczki + żel do twarzy - Czysta Glinka


Maseczki do twarzy "Czysta Glinka" od L'Oreal pojawiły się na rynku już jakiś czas temu. Gustowne, ciężkie szklane słoiczki od razu przyciągnęły moją uwagę. Zainteresowała mnie również idea tzw "multimasking" czyli nakładania różnych maseczek na poszczególne partie twarzy w zależności od ich potrzeb. Na ten moment na holenderskim rynku dostępne są cztery warianty maseczek, które posiadam oraz dwa (lub trzy w zależności od drogerii) żele oczyszczające.

Każda maseczka zawiera trzy glinki:
  •  kaolin - właściwości absorbujące nadmiar sebum,
  •  montmorylonite - właściwości redukujące niedoskonałości,
  •  ghassoul - właściwości między innymi rozjaśniające skórę



Moja ulubiona, z dodatkiem węgla. Skóra po niej jest super oczyszczona, pory zwężone, skóra zyskuje promienność. Po jej nałożeniu czuję mrowienie, czasem szczypanie. Ma bardzo przyjemny, powiedziałabym nieco męski zapach, który niestety szybko się ulatnia. Wyciąga większość niedoskonałości. Redukuje wydzielanie sebum. Trochę opornie się zmywa, może brudzić. Zasycha bardzo szybko.  Minusem dla niektórych może być to, że bezpośrednio po jej użyciu twarz jest bardzo "ściągnięta".


Wzbogacona o ekstrakt z czerwonych alg. Zawiera przyjemne drobinki, w konsekwencji czego bardzo fajnie peelinguje. W przeciwieństwie do maseczki powyżej, ta nie zasycha do tzw skorupy ale cały czas jest jakby "plastyczna". Skóra po jej użyciu jest tak jak obiecuje producent wygładzona. Ja używam jej właśnie w roli peelingu, po czym pozostawiam ją na kilka minut.

Zawiera ekstrakt z eukaliptusa. Super wycisza podrażnienia i wypryski. Podobnie jak wersja z węglem zasycha baaardzo szybko na skorupę więc polecam zaopatrzyć się w wodę termalną aby spryskiwać twarz. Rzeczywiście, skóra po jej użyciu jest zmatowiona, wydziela się mniej sebum i ten efekt trwa w moim odczuciu  około 1 do 1,5 dnia, więc całkiem dobrze. Jako osoba, która ma problem z nadmiernym wydzielaniem sebum, szybko zauważam kiedy coś w tym kierunku działa i rzeczywiście ta maseczka ma takie zdolności. Skóra po jej nałożeniu lekko szczypie. Maseczka nie przesusza twarzy. Niestety, nie ma zapachu eukaliptusa, ale pachnie bardzo świeżo. Zmywa się przyjemnie i łatwo.


Z ekstraktem z alg morskich. Ma ciekawy, niebieski kolor. W przeciwieństwie do masek opisanych powyżej, ta ma według mnie cięższą, nieco kremową konsystencję. Nie wysycha szybko, zasycha ale nie do końca, cały czas jest jakby "mokra".  Rzeczywiście błyskawicznie zwęża pory, gdy mam ją na twarzy, to w miejscach gdzie mam problem z rozszerzonymi porami - czyli na policzkach - czuję dosyć intensywne mrowienie, ale nie jest to nieprzyjemne uczucie. Podobnie jak maska eukaliptusowa bardzo fajnie wycisza wypryski. Jeżeli chodzi o redukcję zaskórników to widzę efekt głównie w okolicach brody.




Przypomina rozwodnioną maskę eukaliptusową, pachnie tak samo. Ma kremową konsystencję. Podczas kontaktu z wodą nie za bardzo się pieni. Radzi sobie ze zmyciem lekkiego dziennego makijażu. Nie rozprawi się z maskarą, więc polecam wspomóc się dodatkowo ulubionym płynem micelarnym. Świetnie oczyszcza, skóra jest odświeżona. Ma fajne, poręczne opakowanie. Jedyny mój zarzut to konsystencja produktu - która jest bardzo luźna - sprawia, że produkt jest niewydajny. Mimo jego niewydajności chętnie spróbuję pozostałych żeli z tej serii.



Jeżeli chodzi o wydajność maseczek, na ich opakowaniach producent podaje, że wystaczą one na dziesięć użyć. Według mnie wystarczają one na dużo dłużej, do skutecznego ich działania nie potrzebujemy wcale grubej warstwy. Jeżeli nakładamy je pędzelkiem dedykowanym właśnie dla maseczek, ilość którą wówczas nakładamy jest naprawdę wystarczająca.

Myślę, że w Polsce są dostępne w każdej większej drogerii.  Za pojemność 50ml zapłacimy od 25 do 40 zł w zależności od promocji i sklepu. Najtaniej znalazłam je tutaj od 25 zł.



Maybelline - Tattoo Brow



Bardzo spodobała mi się idea kosmetyku Tattoo Brow, to jest: nakładamy produkt na kilka godzin i przez trzy dni cieszymy się ładnie podkreślonymi brwiami bez konieczności ich malowania czy też poprawiania. Wiem, że podobny efekt mogę osiągnąć henną, jednak chciałam wypróbować czegoś nowego.

U siebie lubię ciemne brwi. Mam ciemne włosy, więc według mnie chłodne, ciemno brązowe brwi pasują mi najbardziej (takie też najbardziej mi się podobają) i takiego koloru zawsze używam podczas makijażu. Dlatego też i kolor Tattoo Brow jaki wybrałam to dark brown. Na opakowaniu widzimy efekt, jaki chciałam uzyskać.


Jak używamy Tattoo Brow? Jest to bardzo proste, na oczyszczone, przeczesane brwi nakładamy produkt. Jest on dosyć gęsty, jednak dzięki precyzyjnemu pędzelkowi super się go aplikuje. Kosmetyk nakładamy tak, aby zgadzał się z kształtem naszych brwi: staramy się nie wyjeżdżać poza kontur. Następnie kontur wypełniamy. W zależności od tego jaki efekt chcemy uzyskać, tint trzymamy na brwiach od 20 minut, nawet i przez całą noc.


Podekscytowana nałożyłam pieczołowicie Tattoo Brow na całą noc, ponieważ chciałam uzyskać maksymalnie najlepszy efekt. Skończyło się to jednak, powiedziałabym, nieco tragicznie.

Maybelline - Tattoo Brow - efekt przed i po

Zamiast głębokiego, ciemnego brązu na swoich brwiach (a raczej pod włoskami) zauważyłam CIEMNO-RUDE PLAMY. Mimo tego, że nałożyłam na brwi sporą ilość produktu, według kształtu swoich brwi, na środku po prostu nie załapało.
Na moje nieszczęście nie udało mi się zatuszować tego nieszczęsnego rezultatu najzwyklejszą kredką do brwi. Rudość przebija spod kredki. Podczas zrywania tintu, chociaż robiłam to bardzo delikatnie, zauważyłam, że niestety wyrwał on niektóre włoski. Przyznam, że byłam w lekkim szoku. Miałam wielką nadzieję, obietnica producenta na temat trwałości efektu - maksymalnie trzy dni - się spełni.

Efekt Tattoo Brow na drugi dzień, wieczorem w trakcie demakijażu (widać zwątpienie w moich oczach)

Gdy piszę ta notkę, jest już drugi (prawie trzeci) dzień po użyciu, efekt jakby nieco wyblakł, jednak nadal jest widoczny :/ Wspomagam się płynem dwufazowym oraz wodą micelarną, często przemywam brwi - jednak schodzi to baaaaardzo powoli. Kolor mocno załapał skórę. Efekt może i nie był by taki zły gdyby nie ten kompletnie nie pasujący do mnie kolor.

Szczerze nie polecam Tattoo Brow, chyba, że jesteś osobą rudowłosą i chcesz uzyskać właśnie ciemnorudy kolor na swoich brwiach.

Tattoo Brow w Holandii kosztuję w regularnej cenie 15,99 euro, więc nie jest to mało. Ja dorwałam go za połowę ceny, jednak teraz trochę szkoda mi tej kasy.  W Polsce dostaniecie Tattoo Brow tutaj od około 30 zł.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka