Obserwatorzy

Translate

Garnier Skin Naturals - Płyn micelarny dla skóry wrażliwej

Niepozorny płyn micelarny Garnier Skin Naturals dla cery wrażliwej szybko znalazł grono zwolenniczek. Jest ceniony za skuteczne, szybkie działanie i przede wszystkim za niepowodowanie zbytecznych podrażnień. Przyznam, że nie byłam do niego specjalnie przekonana, jednak zdecydowałam się na jego zakup z czystej ciekawości.

Wybrałam dla siebie poręczną wersję 125 ml dla skóry wrażliwej.  Duża butla 400 ml lekko mnie odstraszała, ponieważ nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Działanie płynu jest dokładnie takie, jakiego ja oczekuję. Dokładnie zmywa pomadkę, fluid czy też eyeliner. Gorzej radzi sobie z tuszem, jednak zauważyłam, że głównie zależy to od tuszu, jedne zmywają się bez problemu, a inne paskudnie się rozmazują i ciągną wraz z ruchem płatka kosmetycznego. Płyn doskonale odświeża twarz, pozostawia uczucie czystości.

Płyn jest bezzapachowy, nie szczypie w oczy. Nie zaobserwowałam żadnych podrażnień. Micel Garniera mnie nie zawiódł, sprawdził się w 100%. 

125ml płynu kosztuje 2,49 euro (ja kupiłam w drogerii Kruidvat), jest bardzo wydajny. Myślę, że sięgnę też po inne dostępne wersje.

Co ostatnio zużyłam? Denko 1/2017


Wpisy typu "projekt denko" motywują do szybszego zużywania kosmetyków. Myślę, że wśród osób, które są blogerami lub podczytują różnorakie blogi często pojawia się tendencja do gromadzenia kosmetyków, kupowania ich dzięki sugerowaniu się recenzjami czy poleceniami. W rezultacie kończymy z dużą ilością napoczętych kosmetyków, których ze względu na ilość nijak nie możemy wykończyć, ponieważ chcemy wypróbować to to i to naraz, ponieważ nasza ulubiona vlogerka/blogerka to poleca.  Ważne jest, aby czerpać przyjemność z używanych przez nas kosmetyków, ale sytuacja w której ilość fluidów czy kremów na naszej toaletce, szamponów, odżywek czy żeli stojących na naszej wannie nieco nas przytłacza, fajnie jest aby trochę zmotywować się do zużywania. Myślę, że takie wpisy w których możemy "pochwalić" się naszymi zużyciami i opiniami na temat zdenkowanych produktów, jest sytuacją jak najbardziej motywującą:)
  
Oto co udało mi się zużyć w ciągu ostatniego miesiąca:

Hair Wonder - Hair repair mask
Nie wiem, czy ta maska dała jakieś specjalne efekty. Owszem, pomogła mi gdy nieco rozjaśniłam włosy, wówczas je wyraźnie odżywiła i sprawiła, że nie było zbyt dużych zniszczeń, jednak później nie było już żadnego powalającego efektu - włosy były sypkie, nawilżone ale taki efekt osiągam za pomocą najzwyklejszej odżywki. Maska kosztowała około 7 euro, była bardzo niewydajna. Długość moich włosów sięga do pasa, 200 ml maski wystarczyło mi może na cztery użycia. Raczej nie kupię ponownie. Teraz w kolejce do wykończenia jest szampon i odżywka tej samej marki.

Guhl - blauwe malwa - Anti roos shampoo
Szampon silnie oczyszczający, tzw "rypacz". Świetny szampon, doskonale oczyszcza skórę głowy i działa przeciwłupieżowo. Było to moje drugie opakowanie, szampon jest mega wydajny, a jeżeli myjemy głowę metodą "kubeczkową" to starczy nam na wieki. Bardzo go lubię jednak na razie nie wrócę do niego ponownie, ponieważ teraz moim ulubieńcem jest inny szampon.

Garnier Loving Blends - Milde haver - shampoo & conditioner
Szampon i odżywka o przepięknym zapachu. Używałam obydwu kosmetyków do codziennego mycia, włosy po nich są rewelacyjnie miękkie. Jak już wspomniałam, linia ta pachnie cudownie mlekiem owsianym. Na pewno kupię ponownie, mam jeszcze odżywkę w sprayu z tej serii, która jest równie dobra.

Chilly - intieme wasemulsie
Uważam, że zaufany żel do higieny intymnej to podstawa. Bardzo ufam marce Chilly, wiem, że żele tej marki nigdy nie zawodzą i nie podrażniają. Zdenkowałam wersję z mentolem, jest ona bardzo odświeżająca. W użyciu jest już następne opakowanie, tym razem wariant niebieski.

Garnier - Skin Naturals - Zuiverende reinigingsgel
Żel oczyszczający do twarzy, używam go od kilku lat, miałam kilka opakowań jednak ostatnio stało się z nim coś dziwnego, ponieważ wogóle nie oczyszczał skóry. Owszem domywał resztki makijażu, jednak ciągle miałam uczucie brudnej twarzy. Może Garnier zmienił formułę produktu, bo nie wiem jak to wytłumaczyć. Czy kupię ponownie nie wiem.

Therme - Zen White Lotus - Rice Shower Scrub
Peeling do ciała z ryżowymi drobinkami, fajnie złuszcza. Drobinki sa średnio twarde, ale dają radę. Myślę, że trafi do mnie ponownie.

Odorex - Natural Fresh / Dove - Go fresh cucumber aloe
Bardzo dobre antyperspiranty o świeżych zapachach. Dobrze chronią przed zapachem potu, czuć ochronę przez cały dzień. Następcą jest Dove o zapachu trawy cytrynowej.


Mam nadzieję, że moja denkowa seria będzie pojawiać się częściej :)

StyleToneBox - March 2017



Jak co miesiąc przyszedł do mnie StyleToneBox. Produkty są całkiem fajne, jednak otrzymałam potłuczony puder przez co mój entuzjazm nieco opadł. Po reklamacji StyleTone zadeklarowało, że otrzymam kolejny, już kompletny - jednak do dziś do mnie nie trafił. Lekki zawód wynagrodziła mi paletka do brwi, która prezentuje się ciekawie.

Bella Pierre Cosmetics - Kiss Proof lip creme
Kremowa formuła z matowym wykończeniem w kuszącym, czerwonym odcieniu. Nie jest to mój wymarzony odcień, jednak chętnie wypróbuję.

LookX - blending brush
Pędzelek do blendowania cieni, wykonany z włosia syntetycznego. Jak najbardziej mi się przyda.

Note - Ultra Black Eyeliner
Eyeliner w tzw kałamarzu, już dawno (chyba od czasów gimnazjum) nie miałam eyelinera w takiej formie. Zwykle używam eyelinera w pisaku ponieważ jest on dla mnie bardziej poręczny.

City Color - Eye Brow Kit
Fajnie wykonana paletka, która od razu przyciąga uwagę. Znajdziemy w niej trzy kolory cieni (które możemy razem mieszać aby uzyskać satysfakcjonujący nas odcień) oraz primer, pędzelek oraz pęsetkę.


Hikari - Pressed Silica Powder
Matujący puder transparentny, idealny na codzień. Niestety przyszedł uszkodzony, spróbuję go naprawić. W jednym z poprzednich boxów był róż tej marki, który sprawdza się fajnie, więc jestem ciekawa jak spisze się puder.


StyleToneBox w Holandii i Belgii możecie zamówić tutaj, jego cena to 12,50 euro.
Poprzednie pudełka:

Essence - My must haves - czyli skomponuj własną paletkę

Nowością w szafie Essence są paletki, które możemy skomponować według własnego pomysłu. Do wyboru mamy cienie do powiek, rozświetlacze, bronzery, róże, puder do twarzy oraz bazę która współpracuje z czymś nowym dla mnie a mianowicie z pudrami do ust.

 

Do wyboru mamy paletki na 4 lub 8 kosmetyków. Ja zdecydowałam się na mniejszą paletkę i do skomponowania jej użyłam: pudru transparentnego, rozświetlacza, bronzera oraz różu. Paletka wykonana jest z twardego, solidnego plastiku.


Każdy kosmetyk, który możemy włożyć do paletki ma 1,7g i kosztuje 1,59 euro. Sama paletka kosztuje tyle samo, więc za cały zestaw zapłacimy nieco poniżej 10 euro. Czy jest to opłacalne zostawiam waszemu osądowi.


Pigmentację produktów określiłabym jako średnią. Kosmetyki oczywiście są widoczne na skórze, jednak podczas makijażu musimy je dokładać aby uzyskać satysfakcjonujący nas efekt - uważam, że to dobrze, ponieważ unikniemy zrobienia sobie krzywdy różem czy bronzerem. Idealne dla młodszych dziewczyn, które coraz częściej mają tendencję do przesadzania z niektórymi elementami makijażu. Puder transparentny świetnie sprawdził się do utrwalania korektora pod oczami. Rozświetlacz jest bardzo subtelny, tak samo róż. Bronzer ma matowe wykończenie, myślę, że będzie fajnie nadawał się także jako cień w załamaniu powieki.


Paletka, którą sobie skomponowałam fajnie się u mnie sprawdza, bardzo spodobał mi się pomysł samodzielnego doboru kolorów i kosmetyków. Wiem, że takie paletki dawno już istnieją na rynku, jednak zwykle są w ofercie droższych firm, a Essence oferuje nam bardzo dobre produkty w świetnej cenie. Myślę, że zdecyduję się także na taką samą paletkę z zestawem cieni.


Kakao i miód - czyli jak ulepszyć maskę do włosów

Lubię śledzić grupy włosomaniaczek i ich recepty na polepszenie stanu włosów. Niestety, nie mam zbyt dużego dostępu do większości rozmaitych półproduktów, które włosomaniaczki cenią i polecają - dlatego recepty na coś, co jest dla mnie łatwo dostępne są na wagę złota. Jakiś czas temu na jednej z grup przeczytałam, że kakao dodane do maski ze względu na wysoką zawartość żelaza, magnezu i różnorakich witamin przyczyni się do poprawy kondycji włosów. Postanowiłam to przetestować :)


Na początku należy zaznaczyć, że mowa tutaj o kakao gorzkim typu Decomorreno. Kakao śniadaniowe typu Nesquik nie przyniesie żadnych efektów.

Czego potrzebujemy?
  •  ulubionej maski do włosów (ewentualnie odżywki), ja użyłam około półtora łyżki
  •  w zależności od długości włosów od 1 do 2 łyżek kakao (ja użyłam dwóch)
  •  jedna łyżka miodu
  •  opcjonalnie: olej kokosowy, olej ze słodkich migdałów, jogurt naturalny 
  •  do uzyskania pożądanej konsystencji: kilka łyżeczek wody (gdy dodaję jogurt, pomijam wodę, aby konsystencja nie była zbyt płynna, ponieważ taka mi nie odpowiada).

Zwykle używam maski Daily Defense Coconut, ponieważ jej zapach świetnie komponuje się z zapachem kakao. Sama maska sprawdza się u mnie dobrze również solo.

Do miseczki dodaję dwie łyżki kakao oraz jedną łyżkę miodu. Do tego dodaję maskę, w ilości według uznania - u mnie wystarczy około półtora łyżeczki. Wszystko mieszam do połączenia się składników i wtedy dodaję wodę lub jogurt naturalny aż do uzyskania konsystencji jaka mi odpowiada.  Mieszankę nakładam przed myciem włosów. Nakładam zarówno na skalp jak i na włosy. Trzymam przez około 20-30 min, następnie myję włosy i nakładam odżywkę. Z tą maską ten sposób sprawdza mi się najlepiej.


Taką maskę stosuję raz na tydzień, lub dwa, w zależności od potrzeb. Efekty, jakie zaobserwowałam po użyciu takiej podrasowanej maski to: bardziej sypkie, błyszczące, mniej suche na końcach włosy. Maska według mnie nie wpływa na przyciemnienie koloru, także może być stosowana również przez jasnowłose osoby.

Mieszankę kakao, miód i jogurt możemy użyć również na twarz. Taka maseczka na pewno poprawi nam humor. Kakao ma właściwości antyoksydacyjne, więc rewelacyjnie wpłynie na naszą cerę.

Rzecz, na którą warto zwrócić uwagę to to, że maska z kakao nieco ubrudzi naszą wannę. Jest to jedyny minus :)

Lidl - Miomare - Zestaw pędzli



Lidl to sklep, w którym często znajduję produkty warte uwagi. Na codzień oczywiście robię tam zakupy spożywcze, ale też kupuję ciuchy ESMARA, które są bardzo dobrej jakości i w przyjemnej cenie oraz kosmetyki. W jednym z wpisów wspomniałam co ciekawego można znaleźć na dziale kosmetycznym, planuję też kolejny post z tej serii ponieważ do tego grona dołączyło kilka nowych perełek. Niejednokrotnie wspominałam też o zapachach "Suddenly", które są trwałe i przyjemne. W ofercie walentynkowej pojawił się zestaw pędzli 'Miomare', w atrakcyjnej cenie 4,99 euro.


Pędzle wykonane są z włosia syntetycznego, mają długie trzonki. W zestawie zawarto siedem podstawowych pędzli: do pudru, do różu, do aplikowania cieni, pacynka do cieni, eyeliner, pędzelek do ust oraz szczoteczka do rzęs. Pędzle opakowane są w gustowne etui z imitacji skóry.


Zestaw pozytywnie mnie zaskoczył, makijaż wykonany nim wyglądał świeżo, nie było żadnych smug czy dziur. Pędzle są miękkie i przyjemne w dotyku. Jedyne zastrzeżenie mam do pędzelka do kresek, jak dla mnie jest nieco zbyt gruby, ponieważ lubię cienkie kreski. Sprawdza się natomiast świetnie do brwi. Pędzelek do ust również mógłby być bardziej precyzyjny, jednak gdy mamy wprawę to nie będzie stanowić to problemu. Nie zauważyłam, aby pędzle gubiły włosie.


 


Według mnie, pędzelki Miomare świetnie nadają się dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem, nie miały wcześniej styczności z pędzlami i chcą nabrać wprawy w ich używaniu, lub nie malują się na codzień i nie chcą inwestować zbyt dużo w pędzle. Osoby, które mają doświadczenie z pędzlami wiodących marek mogą być zawiedzione. Podsumowując, jest to fajny, podstawowy zestaw za pomocą którego bez problemu można wykonać fajny makijaż.

W Polsce zestaw pędzli Miomare kosztuje 30 zł w sklepach Lidl.


Zobacz też:

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka